BLOG    JANUSZA    L.    SOBOLEWSKIEGO

Tylko zapisane wspomnienia pozostają trwałe...

Skomentuj tutaj:   

                                      


   O  Autorze:       
    Notka o Autorze w Wikipedii:

"Absolwent Wydziału
Organizacji i Zarządzania Przemysłem Akademii Górniczo-Hutniczej
w Krakowie (1981) oraz Podyplomowego Studium Dziennikarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego (1984). Reporter m.in. "Dziennika Polskiego", "Życia Literackiego", "Wieści", "Gazety Krakowskiej", "Faktów". Laureat ogólnopolskich konkursów na reportaż. Nominowany do tytułu "Dziennikarza Roku" w konkursie "Grand Press '2011" za książkę "I zamknę cicho drzwi..."".


*
Blog.pl w Onet.pl z lat 2006-2017
(w  pdf)



*
Telefon komórkowy:  (+48) 603-163-082
E-mail:  report@wp.pl
 Skype: janusz.l.sobolewski







*

  Styczeń 2018: "Strzepnąć"

Poniedziałek, 22 stycznia 2018 r.

Strzepnąć


          ...Jerzy zapisał się do PiS-u. Hrr... Trzyma w ręku ciemnoczerwoną karteczkę, orzeczony dowód wyboru. Hrr...
          Wiele dni szamotał się w sprawie decyzji, ale kiedy PiS-owy szef powiedział: - Wiecie Jerzy, przyglądam się i widzę, jaki porządny z was gość - domyślił się od razu, o co chodzi. Hrr... W firmie zwalniało się stanowisko. Nadawał się do tej roboty. Hrr... Tylko, że szef tłumaczył, jak ma związane ręce przy awansach. I że może awansować tylko członków PiS-u. - To mam dać pracę byle komu, jakiemuś zafajdanemu PiS-owcowi - tu szef puścił do Jerzego oko - ciemniakowi z zakonu? Jerzy, dla dobra Polski, chodź z nami w pierwszym sorcie! By dobra zmiana była dobra muszą awansować ludzie wartościowi. Hrr... Dwie rekomendacje... Hrr... No bo kto tę zmianę zrobi? Tylko ludzie prawi i sprawiedliwi, światli i moralni.
          Spodobała mu się ta możliwość robienia w pierwszym szeregu czegoś dobrego. Przecież jest coś wart i nie będzie jako drugi sort w ogonie zamiatać korytarzy czy nosić halabardy. Hrr... I ten program drugiego sortu, w którym czytał o niezwykle trudnej sytuacji, spowodowanej rozdźwiękiem pomiędzy propozycjami formułowanymi przez nowe kierownictwo, a oczekiwaniami, jakie miał w tej materii ogół. Hrr... Tradycja bogata intelektualnie, jednocześnie niestroniąca od ryzyka, odważna formalnie i estetycznie, nie pozwala z tego dziedzictwa zrezygnować. Poddanie się bez podjęcia walki jest destrukcyjną formą bojkotu rzeczywistości. Inaczej zostaną zgliszcza.
          Czyli można działać bez bojkotu, bo zostaną zgliszcza. Zatem walka przez współudział!... Bo u Mickiewicza naród jak lawa, suchy i plugawy.
          Hrr... Hrr... Rety! Ratunku!...
          ...Jerzy obudził się. - O, Boże, to tylko sen! ...Sen! - Poderwał się na równe nogi. We śnie jego szef z PiS-u miał twarz dawnego aktywisty z PZPR, a program drugiego sortu brzmiał jak tezy struktur poziomych PZPR. Ochłonął: - Ja się nigdzie nie zapisałem, Bogu dzięki, raz w życiu wystarczy. Ale czy to już przyszedł ten moment społecznej degrengolady?
          Przypomniał sobie, ileż radości dało mu w młodości stwierdzenie prymasa Wyszyńskiego, że komunizm to niczym kurz na dywanie, wystarczy strzepnąć! I strzepnięto, stało się.
          Ale jak strzepnąć z dywanu  t  ę  Polskę?

Polubień - 6, komentarzy - 2.

          Ad vocem: cytowany tu omalże in extenso program pochodzi z Oświadczenia Rady Artystycznej Narodowego Starego Teatru w Krakowie z dn. 17 stycznia 2018 r., a aktorów o imieniu Jerzy jest sporo.



Prawidła A-Ż (2)


          Poniedziałek, 27.XI.2017. JB jak Józef Baran. Siedemdziesiąt kilometrów od Krakowa, w domu kultury w Borzęcinie, usłyszałem w niedzielę, 26 listopada 2017 roku, pytanie, co ja tu robię, tak daleko od domu. Lubię gminne klimaty, powiedziałem. Co, nie wolno, reporterowi przystało, skoro tu "dwór Kraków" zjechał na strawę z poezji Józefa Barana.
          Poezja to nie moja działka, ale usłyszeć w rodzinnej wsi poety, w jego mateczniku, wiersze w wykonaniu elity aktorskiej: Anny Dymnej i Jerzego Treli, do tego w świetnej oprawie muzycznej, to lep wystarczający i rekomendacja. Wszyscy święci przyjaciele z Krakowa zorganizowali Baranowi benefis z okazji siedemdziesiątych urodzin.
          Pierwszy raz spotkałem się z benefisantem, kiedy Borzęcin - taka gmina - szczycił się urodzonym tu też Sławomirem Mrożkiem. Dawne to czasy, kiedy mocniej chyba niż dziś liczył się tzw. konkretny zawód: nauczyciel, inżynier, lekarz, etc. Jako magister inżynier spytałem, kim jest. Poetą, odpowiedział. Hm, cóż to za... jeden, pomyślałem. Bardzo dobrze gram w ping-ponga, dodał.
          W tej redakcji stał stół do gry. I odtąd zawsze mam w oczach Barana podwojonego: jako poetę i pingpongistę na równi. Pingpongistę i takiegoż poetę.
          Nie znam się na wierszach, nie czytam, u mnie najlepsze strofy wybrzmiewają w prozie. A w ping-ponga grywałem nieźle... Nie doszliśmy do ładu, który z nas gra lepiej.
          Benefis został znakomicie zaplanowany i sprawnie przez jubilata wyreżyserowany. Poezja ubrana w talenty wykonawcze aktorów i muzyków przemieniła się niczym cenne drzewko w świąteczną choinkę, bogatą w świecidełka i nastroje. Utkwiły mi słowa śpiewającej Elżbiety Adamiak, która maestrię układania przez Barana słów w wiersze przyrównała do nakładania pędzlem farb przez impresjonistów francuskich. Zapamiętałem to, bo akurat o impresjonistach francuskich wiedziałem niewiele.
          Po benefisie pozostał mi w sercu zbyt smutny egzystencjonalizm poezji i przegadany, omalże recenzencki list pochwalny Prezydenta RP Andrzeja Dudy.
          Józef Baran od ładnych paru lat może szczycić się docenieniem. Jak szpak z wiejskiego sadu, wesolutko podskakujący, z dziobkiem ku górze, wpatrzony w czereśnie. Z osądów krytyków wiem, że stworzył poezję czystą, dla serca, która przetrwa. To miłe, choć u nas kultywuje się poezję "heroiczną". Dziś Borzęcin szczyci się Baranem jak dawniej Mrożkiem.
          Józef Baran, "Ballada o staruszkach": "patrzą lecz mało widzą/ słuchają nie słyszą/ mówią lecz nic nam to nie mówi/ już prawie są ciszą/ istnieją nieistotnie/ coraz bledsze kopie/ zaginionego w lustrze/ Autentyku/ ich rozkład/ do którego stosują się skrupulatnie/ jest co do minuty/ nieaktualny/ od czasu do czasu/ bawią się z czasem w chowanego/ szukając rano i wieczorem/ nieistniejącego odbicia z wczoraj".

          Sobota. K jak kłamstwo. Z moich Podróży do czyśćca:
          Żyjemy w chmurze kłamstw. Rodzice okłamują dzieci, by dać im poczucie wartości, tę zbroję bezpieczeństwa. Kłamiąc, przechwalamy się dokonaniami. Okłamujemy fantasmagoriami też siebie. Z kłamstwem żyjemy na co dzień: "Pięknie pani wygląda", "100 procent zniżki", "Z tym przeżyje pan dziesięć lat", "Polityka komunistów i złodziei", "Módl się", "Kocham".
          Jakoś nie chcemy być okłamywani, poddani obyczajowi. Ale jesteśmy. Sami okłamujemy. Deklarujemy szacunek dla prawdy i równocześnie kłamiemy. Kłamiemy, że nie można budować wartości na kłamstwie. Można, czujemy, przecież udaje się budować szczęście na kłamstwie.
          Kłamstwo wpisane jest w genotyp człowieka. Stanowi element kośćca ludzkości. Zarówno kłamstwo indywidualne, służące indywidualnym korzyściom, jak i służące korzyściom zbiorowym kłamstwo społeczności i narodów, ujawniające się przy obrazowaniu faktów i dziejów. Kłamstwo w swej istocie - kłamstwo jako pojęcie i idea - wpisuje się w imperatywy człowieka.
          Pytam, ku jakim odnośnikom i wyróżnikom etyki kierować kłamstwo i czym ono jest? Czy niecnotą, czy dobrem? Draństwem? W drogowskazach moralnych świata nie za wiele poświęcono mu celebracji. Znani filozofowie nie zajmowali się tym specjalnie, a ks. filozof Tischner osadził temat na gównoprawdzie. W Dekalogu nakaz niemówienia fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu ma wektor ciążenia ku prawdzie wbity uznaniowo i wybiórczo. Bo kto niby ma osądzać, co jest fałszem, a co nie? Co fałszywym świadectwem, a co obmową, oszustwem czy hipokryzją? Jeśliby wspomnieć tu o grzechach, które zaczerpnąć można z pism nowotestamentowych i apostolskich. Zakładam, że filozofie Azji osądzają podobnie.
          Kłamstwo nie jest grzechem ciężkim. Św. Augustyn wyobraził sobie drabinkę kłamstw... do nieba i posegregował kłamstwa na mniej i bardziej grzeszne. Według niego najgrzeszniejsze jest przeciw prawdom wiary. No, proszę. Prawdom…? Diablikom skrzą oczka. W każdym razie wyrządzając kłamstwem krzywdę jednej osobie, nie pomagając poprzez to innej, to według św. Augustyna grzech o niebo większy niż kłamać, "nie wyrządzając nikomu krzywdy, a ratując czyjąś własność, czy życie".
          Żyjemy w kłamstwie w świecie kłamstw: w kosmosie, z rozumem, zaprzątniętym religiami, mozaiką kultur, przesiąknięci obyczajami. To nasze naturalne środowisko jak woda i powietrze. Kłamstwo zatem jest dla człowieka dobre, bo naturalne. Dobrze się człowiekowi w nim żyje. Gdy wyrywa się go z tego błogostanu - poprzez objawienie kłamstwa - doznaje on bólu. Dopiero wtedy. Rani zdzieranie zasłon z oczu, bo wtedy umysł staje na sztorc wbrew swej naturze. Czyli nie kłamstwo boli, lecz jego uświadomienie. Sprzeczność doznań.
          Odczuwamy ból wskutek nakazów społecznych, fetyszyzujących wartość prawdy. Sami nie dążymy do niej za wszelką cenę. Bo jest ona - jak kłamstwo - względna. Te nakazy natomiast ułatwiają zarządzanie i manipulowanie ludźmi. Można by o tym wiele.
          Co zatem stanowi wartością nadrzędną, neutralizującą koszt życia w kłamstwie? Stawiam na szczęście.

          Czwartek, 27.IV.2017. P jak pocieszenie. Mógłbym, czemu nie, puszczać jakieś bohomazy do Sieci jak moi znajomi, lecz wzdrygam się. Chcę zachować choćby i ciut twarzy. Nie piszę, bo nie mam nic do napisania. Noszę w pamięci studenckiej kolegę D., czy żyjesz jeszcze Wacek?, który pewnie sika dziś na Sieć, tak jak kiedyś darł kartki z wypocinami zbyt płodnych autorów.
          Wtedy pisałem ręcznie, długopisem na papierze. W redakcji studenckiego "Politechnika", tygodnika używanego w kultowym filmie "Miś" do pakowania schabiku za trzysta złotych (Panie! Tu nie jest salon damsko-męski! Tu jest kiosk Ruchu! Ja... Ja tu mięso mam!), przepisywałem gotowy tekst na maszynie. Tylko pisząc ręcznie czułem puls, plastykę tekstu... A teraz... Nie umiem pisać ręcznie. Próbowałem. Coś okropnego, nie umiem zręcznie ręcznie. Ale umiem za to puszczać tweety, bliki i inne pantałyki.
          Zauważam też w swoje urodziny, że mam ptasi móżdżek, nie ogarniam pogmatwanych płaszczyzn. To niekoniecznie kwestia siły wieku, przed laty też miałem problem z wyobraźnią... na zajęciach z budowy maszyn. Głupi wtedy nie byłem, maszyn nie budowałem. Głupi jestem teraz, ot przykład.
          Choremu znajomemu poecie Józefowi Baranowi postnąłem tak: "Tam i tu ta sama poezja i wiedza o Wszechrzeczy". Od kilku dni zastanawiam się, o co mi chodziło w tym wpisie. Wiem tylko, że przez wiele dni, poprzedzających wpis, chodziłem z głową zaprzątniętą pytaniem: co dzieje się wtedy, gdy ludzie budzą się po tamtej stronie życia - wiecznego - i nie wiedzą wciąż, czy Bóg jest.
          Ależ to straszne, być w Niebie lub Piekle i dalej nie mieć pojęcia, czy jest Bóg...
          Chyba chciałem pocieszyć znajomego starszego poetę. Że wtedy jedyny ratunek w poezji. W literaturze. W muzyce. Generalnie w myśleniu i odczuwaniu. Oto condicio sine qua non. Jeśli to wszystko: myślenie i odczuwanie istnieje po tamtej stronie, to jest i Bóg.
          A jak w takim razie pocieszyć siebie, opowiadającego się po jedynej przecież stronie? W stylu kolegi Wacka z dawnych lat - w młode wszak jeszcze urodziny drę wypociny twórcze współczesnych gryzipiórków, i te z prasy, i te z porażającej większości książek... Jakaż to marność, miernota, beztalencie pokoleniowe! Prawda, Wacek? Dno artystyczne w porównaniu z naszymi czasami. Mara, przepadnie, nie to, co nasze. I fajnie mi, pocieszonemu. I tak sobie.

          Piątek, 20.I.2017. W jak większość. Jak zdeklarowany tu relatywista (blog: 5.12.2006 - http://report.blog.onet.pl/2006/12/05/u-drzwi/), czyli taki względniś-względnista, dla którego względne jest wszystko: prawo, wartości, dogmaty religijne, historia, kultura, etc., nie powinienem się zbytnio przejmować konstruowaną właśnie, będącą się konstytuować niebawem IV RP. Niemniej jednak co innego samemu intelektualnie relatywizować świat, a co innego znosić prymitywny relatywizm innych... Oj, jakaż to różnica. Że uff! Relatywizm ideowy rozwija i cieszy rozum. Relatywizm praktyczny natomiast, realizowany w rzeczywistym życiu społecznym, gdzie bitew ludzkich co niemiara, prowadzi wprost do ofiar... Wie o tym każdy generał. Wie o tym też marszałek naszej partii rządzącej i kraju, w związku z czym nie przenosi on relatywizmu ze szczytów władzy w dół. Dla ludzi prawo ma znaczyć prawo - i tyle. O co mu chodzi? - pisałem zawczasu (blog m.in. 28.09.2006 - http://report.blog.onet.pl/2006/09/28/oredzie-nastpne/, 15.06.2007 i w ogóle z tego czasu), więc nie będę się powtarzał.
          Jako człek ironizujący spoglądam nie bez gorzkiej przekory na wielopokoleniowe już grupy społeczne, które czuły się esencją narodu i narodową większością. Do tego miały nawet czelność przywoływać na swoją "platformę" światopoglądową wszystkich obywateli. Dziś te warstwy zostały wepchnięte do worka z mniejszością. Swego czasu spały one na styropianach, dostawały razy pałkami ZOMO, biegały każdej niedzieli do kościoła i spowiedzi - a tu masz babo placek. Drugi sort! - Jak to? - pada pytanie. - To już nie my reprezentujemy większość narodu? - W świadomości nie da się zaakceptować takiej degrengolady z dnia na dzień.
          Podśmiechuję się, bo z powodów osobniczych sam należałem od zawsze do mniejszości. Od szkoły, przez studia, pracę itd. Z flagą na 1 maja i bez flagi na przyjazd papieża. Wiem, z czym to się je. Jak to jest, gdy nie spełnia się nacjonalistycznej "normy", określającej Polaka. Tego szowinistycznego Polaka-katolika z "Bogiem, Honorem i Ojczyzną". Więc kochani drugosortowcy, polubcie i wy zapach swego worka.
          Wielu ludziom zaczęło się żyć lepiej, poczuli się oni zdaje się dowartościowani socjalnie i moralnie ze swoimi ułomnościami. To dobro ma dla mnie większą wartość niż piękne duchowo - czyli "pięknoduszne" - koncepcje demokracji, Europy, wolności, etc. Sublimacje są względne, ideowo relatywne, a szare życie człowieka w jego odczuciu - nie. Patrzę z lewa - jak reporter, dla którego los pojedynczego człowieka powinien znaczyć najwięcej. Durnych mas nie wyśmiewam od bolszewików, jak czynią to alienujące się elity. Śmieją się, a durne masy nie mają pojęcia, o co elitom chodzi tym razem. Przecież bolszewicy czytali "Iskrę", a nie "Gościa Niedzielnego". Wie o tym najlepiej Karol Modzelewski, który w powyższej sprawie mignął mi w TV, twórca nazwy ruchu "Solidarność". Kiedyś Adam Michnik, przywołując go wyznał, że "jest coś takiego jak antykomunizm z bolszewicką twarzą" (blog: 13.11.2014 - http://report.blog.onet.pl/2014/11/13/modzelewski-z-twarza/).
          Polskie zmiany znajdują się w cieniu zmian w USA pod zaprzysiężonym właśnie nowym prezydentem Donaldem Trumpem. Niby strach się bać jego antyglobalistycznych deklaracji: Ameryka dla Ameryki! Amerykańskie elity biją na alarm... Zawiał wiatr historii, korzystny moim zdaniem dla polskiego szowinizmu: Polska dla Polski! Polskie elity biją na alarm... Cóż, PiS-owska większość zatriumfuje z nową Konstytucją IV RP. Zauważam tylko cierpko, że "większość" - z rosyjskiego "bolszinstwo" - to źródłosłów bolszewizmu.


Prawidła A-Ż (1)


          Czwartek, 22.XII.2016. MB jak mądrość boska. Z moich Podróży do czyśćca:
          Matylda B. siedzi na górze. Przeciąg przewiewa uszy, zanosząc do nosa smród życia. Matylda wierci się. Smród przeszkadza. Mogłaby siąść jeszcze wyżej, ale czeka. Z tej wysokości widzi ludzi maluczkich. Wszakże widzi.
          Jakieś manifestacje. Idą z lewa na prawo i z prawa na lewo. Okrzyki, transparenty z ideami prawa, rewolucji, honoru. Ludzie czynią. Taki czyn Leonidasa pod Termopilami - bohaterstwo li to czy głupota? A ten Sienkiewiczowski Wołodyjowski, wysadzający się w powietrze, powojenni "żołnierze wyklęci", współcześni politycy, kultywujący ortodoksję - to idioci czy nie? Duch - temat jedynie na rozprawkę. Czy państwo z duchem? A może mogą istnieć szczęśliwe państwa bez duchów ofiar? Matylda wie.
          Jeden na drugiego wrzeszczy, ktoś kogoś kopie za mądrość albo za głupotę. Niektórzy mądrzy stają po stronie głupich. A niektórzy głupi po stronie mądrych. Matyldzie wtedy jest ich żal. Bo, kiedy unosi się wyżej ludzkiego smrodu, oni i wszystko przestaje być ważne. Nie ma dobra i zła, prawdy i fałszu, zdrad i idealizmu. Jak fal nacierających na ląd i cofających się, jak wielkich przypływów i odpływów historii. Z kosmosu Matylda widzi jedynie ostre kanty, wyraźne krańce. Tu jest ląd, a tu ocean. Bez kipiących fal, bez ducha.
          A kiedy usiądzie już na swoim najwyższym tronie, to nie widzi nawet tego. Rozpoznaje tylko dwie postacie materii: życie i śmierć.

          D jak dusza. Usta milczą, dusza śpiewa w operetce Lehara. Wcale nie pusta lekkość bytu w powieści Kundery. Ależ wokół radości. Kiedyś szczury zagryzały tzw. komunistów, teraz siebie. Szczury zagryzają szczury.
          Oto dylemat szczurzy; wykop.pl, dzon-lejn: Gadowski jakiś czas temu atakował dziennikarza, Tomasza Sekielskiego, autora rewelacyjnego cyklu reportaży/dokumentów - "Po Prostu". Pisowczyk nawet straszył, że ma na Sekielskiego jakieś materiały, których oczywiście nie pokazał. Napisałem wtedy na Wykopie, że chce Gadowski wygryźć konkurencję i pozbyć się z TVP bardziej utalentowanego kolegi po fachu i co się okazuje? Tak właśnie było. Że też na samym początku roku dałem się nabrać na Gadowskiego... Myślałem, że facet stara się być obiektywny, ale później zaczął być monotematyczny (złe PO, dobra #dobrazmiana) i się okazało, że to kolejny partyjny aparatczyk, niewarty większej uwagi. Koniunkturalista, podobnie jak Ziemkiewicz. Wyczuł szansę i wkupił się w łaski Kurskiego oraz Prezesa.
          Ponadto "idź pod prąd": Pierwszą spektakularną manifestacją poparcia Andrzeja Dudy dla niszczącego Polskę środowiska lewackiego było przekazanie nart na aukcję Jerzego Owsiaka. (...) Teraz do tego ciągu dokłada się i ta nominacja do KRRiT (dop. Andrzeja Sabatowskiego. Dziennikarz Witold Gadowski na twitterze zwrócił uwagę na przeszłość nowego członka Rady. Sabatowski zaczynał swoją karierę w komunistycznym czasopiśmie "Życie Literackie"). Gdzie więc PRL ma najsilniejsze wsparcie w nowym obozie DOBREJ ZMIANY? Odpowiedź jest niestety porażająca.
          A "znawca problematyki działania tajnych służb" (to cyt. z Wikipedii) Gadowski na swoim blogu: Muszę przypomnieć kilka faktów, które pan Sabatowski skrupulatnie w swoim życiorysie ukrywa. (...) Tak więc zaczynał jako wierny podwładny ubeka Władysława Machejka w "Życiu Literackim"(...). I nagle takiego człowieka prezydent Andrzej Duda powołuje w skład KRRiTV (dop. 13 września br.)! Dlaczego? Nie chciałbym, aby wyjaśnieniem tego faktu były jedynie "Pamiętniki z wakacji", kiedy to państwo Sabatowscy spędzali wspólne wakacje w Toskanii wraz z prezydentem Dudą i jego rodziną.
          W szczurzej świadomości "Życie Literackie" to komuna i ubectwo. Tej świadomości nie sposób tknąć, bo potem ręce śmierdzą długo. Jako figurujący z dumą w stopce tego tygodnika ponad ćwierć wieku temu - pisma ze znaczącym dorobkiem w polskiej kulturze - dostrzegam tylko, że "ubek Władysław Machejek" przenosił jedynie do PRL swoje doświadczenia z II RP, zobrazowane dobrze i wielopoziomowo w "Karierze Nikodema Dyzmy".
          Dusza śpiewa, żerowisko żeruje. Szczur szczura chwyta za gardło. A że..., to tylko mój pusty śmiech, tra-la-la, usta milczą dusza śpiewa, więc może o tym kiedy indziej.

          S jak stan. Myśli nieużywane rdzewieją. Rdza wżera się w myśli i myśli stają się rdzawe.
          Pewien sędziwy, godny szacunku, jurny kapłan ogłosił akurat, że młodość to stan ducha. Niby nic nowego. Ale od doświadczonego człowieka, czującego się młodo, wolałbym usłyszeć, że młodość to też stan ducha. Bez tego "też" każde wyznanie osobistej radości infantylnieje.
          Powiem, że starość to stan ducha. To brzmi pełnią i bez "też". Stary duch w młodym ciele: refleksyjność, wygodnictwo, przewidywalność, stateczność - to coś mniej wartościowego niż drzazgi młodości w dupie? Na starość te drzazgi wchodzą w myśli i myśli z drzazgami ranią jak aforyzmy.

          O jak obrazek. Kilkanaście lat temu trafił mi się w prezencie obrazek panienki w stroju toples. Niespecjalnie w moim guście, w końcu miałem już wtedy swoje lata. Czas uciekał, w końcu przestałem ją zauważać. Aż do dziś. Stwierdziłem, że mnie to już w ogóle nie wypada wywieszać coś takiego... – i odwróciłem panienkę tym i owym do ściany.

          Ś jak świadomość. Zapomnieliśmy o filozofach; ich przesłania o ogrodach nie docierają z codzienną chmurą gradową mediów. W kościołach jedno - a szkoda - teologiczne kopyto. Za odrzuconą mądrością Varietas delectat (różnorodność bawi, rozwija, smakuje...), wyziera więc zewsząd zasklepiona płaskość horyzontalna. Za "komuny" było ciekawiej z wpychanym szorstko marksizmem.
          Niejedni przejechali się na nieświadomości rzeczy. Ot, pierwsze z brzegu, że Bóg jest miłością. Wystukuje się coś takiego, rzuca w tłum..., a potem kopie, pluje, oskarża. Od wieków. A czemuż to tak? Bo podświadomość niezmiennie podpowiada, że pierwsi bogowie niekoniecznie kochali ludzi.
          Najtrudniej zmienić ludzką świadomość. Doświadczyli tego komuniści, trudząc się..., dając bezrolnym chłopom ziemię, wszystkim darmową opiekę lekarską i darmowe szkoły, pracę dla każdego, byle tylko ludzie pokochali ten komunizm. I nic. Świadomości nie zmienili, bo choć dawali, nie było papu.
          Wydaje się, że współcześni moderatorzy IV RP - przecież kształceni w epoce marksizmu - zapamiętali z Marksa, że byt (czyli papu) kształtuje świadomość. Że jak da się papu, to można wmówić ludziom każdą bzdurę. Ale uwaga, papu trzeba dawać i dawać, długo i jak najdłużej. Nie wolno przerywać..., bo świadomość zmienia się wolno, nie nadąża za papu. Wszelkiej maści dziejowi rewolucjoniści przejechali się na przerwach w dawaniu. Chcieli coś, obiecywali, robili, dawali papu, ale kiedy zabrakło, nie poradzili sobie z ludzką świadomością. I...?
          Ostatecznie sięga się po terror. Uwaga, brzydkie słowo - terror. Dziś? A czemuż by nie. Moderatorzy IV RP mogą wyciągnąć z demokratycznej Polski przedwojennej przykład Berezy Kartuskiej. Kiedyś więzieni tam byli politycy formatu Wincentego Witosa, dziś też znajdą się kandydaci na osadzonych... w imię Boga, Honoru i Ojczyzny.

          Sobota, 13.II.2016. R jak rozumienie.Tylko garstka ludzi rozumie, co stało się na Ziemi 14 września 2015 roku, w poniedziałek (nie podano godziny). Oto grupka światowych fizyków - w tym Polacy - zarejestrowała falę grawitacyjną - tzw. "zmarszczkę czasoprzestrzeni" Einsteina - przemierzającą Wszechświat od 1,3 mld lat z prędkością światła. Fala powstała po zderzeniu się dwóch "czarnych dziur" gdzieś tam wtedy w kosmosie. Ta obserwacja, o której poinformowano dopiero po pięciu miesiącach, możliwość jej przeprowadzenia, to ogromne wydarzenie dla ludzkiej cywilizacji. Przyznam, że choć czytałem sporo o grawitacji, uczyłem się fizyki też na studiach (mniejsza o rezultaty), nie zaliczam się do garstki ludzi rozumiejących. I irytuje mnie to. Zresztą czy można definiować fale grawitacyjne, nie mając póki co pojęcia o istocie "czarnej materii", z której zbudowany jest ponoć w większości Wszechświat? A może dostrzeżenie "zmarszczki" jest konsekwencją odkrycia w 2012 roku w Wielkim Zderzaczu Hadronów na przedmieściach Genewy "boskiej" cząstki elementarnej, tzw. bozonu Higgsa?
          W ten wrześniowy poniedziałek 2015 roku wszystko się ponoć na niewiarygodnie małą chwilę skurczyło i rozkurczyło: cała Ziemia, my i mój świat na Ziemi. Patrząc w zapiski kalendarzowe, mogę tylko powiedzieć, że skurczył się wtedy dzień cieplutki, szesnastostopniowy w zależności od regionu Polski. Skurczył i rozkurczył masażysta przy moim kręgosłupie i telewizor z przełomowym odcinkiem telenoweli tureckiej "Wspaniałe stulecie", w którym to - na rozkaz sułtana Sulejmana Wspaniałego - kaci udusili jego najwierniejszego przyjaciela, wielkiego wezyra Ibrahima Paszę - wielkiego wroga sułtanki Hürrem... Dobrze, że choć telenowelę - po rozkurczeniu - zrozumiałem w "zmarszczce czasoprzestrzeni", bo ponoć niektórzy nie pojęli i jej.

          Sobota, 6.II.2016. P jak przemiana. Ludzie nie zmieniają się. Co roku są starsi, doświadczają, smakują albo przeklinają życie, ale nie zmieniają się. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci - mówi mądrość przodków, zapisują bajki i przypowieści greckie sprzed dwudziestu kilku wieków.
          Wiem jedno i osobiście zaświadczam, że jeśli u kogoś wytworzyły się w młodości geny obronnego wycofania, zewnętrznej percepcji świata, sarkazmu, ironii, wielowarstwowych, niejednoznacznych ocen moralnych, to będą mu one towarzyszyć do śmierci. Psychologiczne "rekonstrukcje" ludzi dają pozory przemiany. To tak jakby człowieka ubrać w pelerynę... - będzie to nadal człowiek, tyle że w pelerynie.
          Czemu tu o tym? Bo zajęła mnie sprawa pewnej publicznej osoby, pana o kilka lat starszego ode mnie, w młodości hippisa, hedonisty, a dziś przedstawiciela "katolickiego ducha narodu". Ten pan wpierw wplatał kwiaty do włosów i wąchał tri, szukając w PRL przestrzeni dla wolności i praw jednostki, potem w IPN stał się polskim Pawlikiem Morozowem (...a ja ojca tego pana znałem osobiście... http://report.blog.onet.pl/2006/09/05/p-t/), by osiągnąć na koniec w szeregach PiS kwalifikacje trybuna narodowej inkwizycji.
          U komentatorów zauważam brak zrozumienia. Padają pytania, jak i czy możliwa jest taka dogłębna przemiana człowieka? Przywołuje się porównanie do św. Augustyna. Ponoć zdarzają się wyjątki, takie jak św. Augustyn w IV wieku, do którego został przyrównany w mediach ten pan polityk: w młodości birbant, niecnota, a na starość święty.
          Twierdzę, że w przypadku świętych i w przypadku innych pań i panów nie ma żadnej przemiany. W każdej swojej postaci sięgają po te same genetyczne odruchy, bo inaczej się nie da. Tyle że te odruchy realizują w innej strefie odniesień. Ten pan polityk - jako przykład dla tematu, bo nie interesuje mnie on osobiście - działa i zachowuje się tak samo jak zawsze: z sarkazmem, ironią, obronnym wycofaniem. Tylko że jego odruchy odbywają się - powtarzam - w innej materialnej przestrzeni. Wyświęcone albo i nie osobowości odczuwają te same i tak samo duchowe bóle i rozkosze czy to pod ścianą dobra czy to pod ścianą zła.
          Przeobrażenia człowieka to kwestia kontekstu, przestrzeni, w jakiej objawiają się. To kwestia kąta widzenia. Robaki na zdechłym ciele psa, porzuconego w lesie, wywołują odruch wstrętu z punktu widzenia miary estetyka. Ale jeśli spojrzeć na te robaki z punktu widzenia ekologii, równowagi oraz zdrowia w przyrodzie - tylko przyklasnąć ich istnieniu. Pewni obrzydliwi ludzie czyszczą co jakiś czas kościec społeczny ze śmierdzącej padliny.

          Poniedziałek, 25.I.2016. S jak społecznicy. Mizantropom, sobkom, egoistom, zdeklarowanym indywidualistom donoszę ku pokrzepieniu serc, że wiele osób znanych i podziwianych przez społeczeństwa czy narody za pomoc potrzebującym itp. pracuje dla innych, bo inaczej nie może. Bo inaczej nie umie żyć. Nie umie żyć samemu ze sobą jedynie. Chwała społecznikom za życie dla innych - i O.K. Chwała indywidualistom za życie dla siebie - i O.K. Jedni są tacy, drudzy tacy. Nie powód to, by jedni czy drudzy czuli się gorszymi lub lepszymi ludźmi.

          C jak chrzest. I po co się niektórzy politycy tak wykrzywiają na Niemcy?...
          Wzrosła aktywność Kościoła przed 1050. rocznicą chrztu Mieszka I. Do jakiego towarzystwa przyłączył plemiona Polan ten książę - z Piastów?, a może - co poniektórzy badacze sugerują - pochodzący z Wikingów? Z pewnością Mieszko wiedział (co prawda nie z Sieci i nie z tajnych archiwów Watykanu...), co się wtedy działo w Rzymie. Że papieże jemu współcześni z lat 955 - 974: Jan XII, Leon VIII, Benedykt V, Jan XIII, Benedykt VI, antypapież Bonifacy VII (aż tylu ich) walczyli ze sobą zbrojnie, otruwali się, mordowali, kradli, tłumili powstania ludu, a jeden z nich został zabity przez męża swej kochanki, gdy ten przyłapał gacha na gorącym uczynku.
          Cesarz niemiecki Otton I, Święty Cesarz Rzymski, musiał w tej sytuacji osobiście najechać Rzym zbrojnie w 964 r., wziąć go głodem i ustanowić swój porządek na Stolicy Piotrowej.
          To nie Stolicy Piotrowej zawdzięcza swój kościec powstania Polska, ale cesarzowi niemieckiemu. Niemcy dały światu Polskę! I co z tym faktem począć teraz? Czy dałoby się tę tezę poprzeć doktoratem czy pracą habilitacyjną?... Niemieckie wsparcie dało nam też Jana Pawła II... Tyle. I po co się niektórzy politycy tak wykrzywiają na Niemcy?...

          D jak dłoń. Na co dzień nie wiemy, bo brak nam doświadczeń, albo zapominamy, bo pamięć krótka, że dotyk dłoni osoby bliskiej, najlepiej najbliższej, wtedy kiedy umieramy, przed i po ważnej operacji, w trudnych momentach, ma wartość boskiej ambrozji. Warto postarać się dla siebie samego, by tej dłoni nie zabrakło w ważnej chwili.

          C jak cheerleaderki. Byłem na inauguracji ME w piłce ręcznej w Kraków - Arenie i myślałem o cheerleaderkach. Nawet nie przypuszczałem, że podobne moim myśli przyszły do głowy piłkarzom ręcznym ze Szwecji, o czym doniosła prasa. Że tego typu występy cheerleaderek - z plątającymi się obok zawodnikami - uwłaczają dziewczynom. Nie podoba mi się tępe przenoszenie gustów z futbolu amerykańskiego. A przecież można dać szansę młodym, uzdolnionym akrobatycznie i tanecznie paniom, na występy samodzielne. Wyszedł zgred ze mnie...

          Poniedziałek, 18.I.2016. W jak wyklęci.
          Ci wyklęci, zbiry, przez sąsiadów
          Przeklęci
          Wyklęty stryj z zaświatów zabity mówi
          Bez wyjścia, szurnięci
          Pani jedna od pamięci narodowej
          Że święci

          Zrymowałem. Bo byli tacy i tacy. Stawianie pomników kilku tysiącom "żołnierzy wyklętych" to deprecjacja wysiłku i postawy milionów Polaków, którzy z mozołem odgruzowywali Polskę. Wyklęci siedzieli po lasach z różnych powodów oczywiście - i bez poparcia społecznego. Czekali Andersa na białym koniu jakże często. Naród chciał pokoju ponad wszystko nawet za cenę sowieckiej okupacji czy kurateli. Wyklęci chcieli nowej wojny.

          J jak jad. Ludzi złych, z jadem, chciałoby się kopać po jajach, by zabolała ich własna głupota. Historyczni bandyci z lubelskiego Instytutu Pamięci Narodowej zorganizowali wystawę o historii Ludowego Wojska Polskiego pod tytułem "Polska Armia Stalina". Ot, to jest dopiero obrażanie pamięci narodowej!, fekalia na polskich prochach i krwi. Żołnierzy gen. Andersa trzeba by tytułować "Polską Armią Stalina i Churchilla".

          Sobota, 9.I.2016. F jak fotel. O moim fotelu traktuje porzekadło: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ideolodzy, politycy, wszelkiej maści popularyzatorzy populizmu głoszą i narzucają tezę o wyższości interesu grup społecznych, narodów, państw nad życiem jednostki. Filozofowie moralności, pisarze, reporterzy (sic! na fotelu) stawiają życie człowieka ponad wszystko. W tym kontekście rysuje się też prawdziwie pojęcie patriotyzmu - jako ideologii społecznej i politycznej, którą wynieśli w niebo ideolodzy i politycy - choć świadomość przynależności państwowej, nawet narodowej, to rzecz młoda, oboczna i chrześcijańsko. Przewodnicy mas muszą mieć cel i narzędzia ideowe, by istnieć. Programowa siła przebicia ideologów i polityków zawsze była gnębiąco większa od oddziaływania jednostek, ceniących pojedyncze ludzkie życie bardziej niż ludzkie struktury bytowe.

          P jak paznokcie. Czas jest względny, wiadomo. Normalnie paznokcie rosną mi dzień po dniu, po tygodniach dwóch, trzech... Dostrzegłem, że kiedy byłem ostatnio mocno zaabsorbowany pewną sprawą, paznokcie urosły mi jak szpony w jednej chwili.


           Janusz L. Sobolewski

Powrót na początek blogu